Fistaszki – wersja kinowa

24/01/2016 § Dodaj komentarz

Warto mierzyć wysoko

Fistaszki - wersja kinowaZacznę od wielkiego komplementu i będzie to OGROMNY komplement z moich ust, gdyż zwyczajnie nie jestem fanem animacji 3D/CGI. Ta forma przejadła mi się dobrą dekadę temu, to przykre, że wielkie studia wmuszają nam ją nadal. Szczerze mówiąc, tylko nieliczne zachwyciły mnie od strony wizualnej. Co z tego, że w Jak wytresować Smoka są ładne sceny latania, jeśli ogół plastyki filmu wydaje mi się Meh! (czyt. „nieciekawy”). Jest pewna swoboda i można ją przekazać, gdy rysuje się osobno każdą z klatek, której zwyczajnie nie ma przy poruszaniu „modelami”, nie mówiąc już, że animacja powinna być miejscem, gdzie można popisać się fantazją. Robienie coraz bardziej realistycznych tekstur, zwyczajnie mija mi się z celem.

Z radością pragnę ogłosić, że oglądając Fistaszki pierwszy raz miałem wrażenie, że animacja CGI NARESZCIE SIĘ ODNALAZŁA! Już w zwiastunach podobało mi się w jaką stronę z tym poszli, ale na wielkim ekranie było to wręcz hipnotyczne! Czułem się jak dzieciak z wielką głową w sklepie z Cukierkami! Co chwila na ekranie było coś ciekawego, pomysłowego, nowego… i ślicznego! Reżyser filmu znalazł nową i sprytną formę wręcz wymuszającą na animatorach i storybordzistach lawinę kreatywności i zabawy formą, a że ją mieli przy robieniu, to promieniuje w każdym ujęciu. Niby banalne zabiegi jak dodanie komiksowych kreseczek i wywalenie paru klatek, gdy postacie machają rękami, a już mamy o niebo ciekawszy efekt niż, gdyby ich gesty miały naśladować rzeczywistość. Postaci, choć proste, nagle stały się bardziej autentyczne, żywe i tętniące osobowością, niż cokolwiek widziałem w Krainie Lodu czy Kung Fu Pandzie. A jak trzeba to film potrafi być też spektakularny, choćby w scenach z wyobraźni Snoopy’ego, w których stawia czoła Czerwonemu Barnowi. To jest jak oglądnie genialnego kolażu: samoloty są trójwymiarowe, postacie płaskie jak wycinanki i jeszcze ich oczy wyglądają klasycznie, a jednak wszystko fajnie współgra.

charlie

Autentycznie mam ochotę pójść na film drugi (być może nawet trzeci) raz dla samej strony wizualnej, bo mam wrażenie, że gdy ilekroć coś mnie na parę sekund rozproszyło, przeleciały mi tony fajnych rzeczy. Plus umówmy się… *WESTCHNIENIE* …długo potrawa niż pozostałe studia zechcą pójść w tę stronę. Gdyby tak uczyniły, w życiu bym nie powiedział na nie ani słowa… Dodatkowo: Scenariusz jest super.

OK, mały regres. Znam fanów Fistaszków, którzy się cali trzęsą, bo film wygląda „za wesoło”. No tak, komiksowe Fistaszki mają świetny humor, ale ogólnie ton serii jest na póły depresyjny. Wszystko ma gorzki podtekst, dzieci schodziły się na filozoficzne konwersacje i zawsze w powietrzu wisi coś niekomfortowego. Kurcze, jak po raz pierwszy zobaczyłem bohaterów Schulza (w przedszkolu), to miałem wrażenie, że są one bardziej smutne niż wesołe i nie rozumiałem czemu. To nie komiks o magii dzieciństwa jak Calvin i Hobbes. Raczej rzecz o niezręcznych aspektach rzeczywistości i uświadamianiu sobie, że życie w swoim okrucieństwie jest czasem dołujące. Nie mówiąc już od takich szokujących scenkach, jak ta z animacji Schulza, w której Charlie i Linus odwiedzają w szpitalu chorą na białaczkę koleżankę i pytają ją, czy umrze. Jeśli kochacie Fistaszki za owy ciężki ton, to idąc do kina raczej obniżcie swoje oczekiwania, bo film, co prawda ma drugie dno, ale nawet nie próbuje naśladować powolnej, cichej atmosfery oryginalnych animacji.

druzyna

Co nie zmienia faktu, że twórcy uchwycili „coś” z komiksu i wyszło to rewelacyjnie. To miła odmiana, oglądać film „dla dzieci”, w którym nie ma wielkiej intrygi, a jedynie z życia wzięte problemy. To tak naprawdę półtorej godziny oglądania anegdot z życia bohaterów, z Charlie Brownem chcącym się przełamać i zagadać z koleżanką, która mu się podoba jako motywem przewodnim. Skojarzyło mi się to nieco z Kubusiem Puchatkiem Disneya z 2011 roku. Fabuła jest jedynie pretekstem do spędzenia czasu z bohaterami, to ich osobowości tworzą film.
Taka sympatyczna „kromka życia” dla dzieci, nieco przywodząca na myśl także Mikołajka. Dynamika między gromadką zostaje rewelacyjnie oddana, jak i poszczególne osobowości. Jeśli ktoś nigdy nie rozumiał fenomenu Fistaszków, to po kilku pierwszych minutach szybko zrozumie za co są kochane. Żarty autentycznie dobre. I słowne i sytuacyjne, i slapstikowe (idące mocno ramię w ramię z genialną animacją, o której pisałem powyżej), bo wynikające z osobowości postaci, a co najważniejsze BARDZO inteligentne (chwilami wręcz intelektualne) bez głupawych akcentów, które zwykle mnie drażnią w filmach Dream Worksu czy Illumination Entertaiment.

snoopy

Podoba mi się ponadczasowość, zero nawiązań do współczesnej pop-kultury czy mody (nikt nie ma tableta czy komórki), dzięki czemu film będzie tak samo bawił za 50 lat. Opowieść jest miejscami wzruszająca, trochę przesłodka, ale nigdy nie przekracza granicy, za którą widz czuje się manipulowany emocjonalnie. Do tego żadnego patosu. Nie wiem, co jeszcze dodać. Polecam, polecam! Całość artystycznie fascynująca plus czarująca historyjka z masą kreatywnego humoru, który rzeczywiście bawi. Wyszedłem z kina w niezwykle dobrym nastroju. WARTO!

fistaszki

Kilka dodatkowych obserwacji:
– Ilekroć w tle leciał oryginalny motyw muzyczny, to mój uśmiech rósł na twarzy pięciokrotnie.
– Dzieci w kinie śmiały się głośno ze sposobu w jakim postacie tańczą. Co mnie potrójnie raduje, bo owa scena jest hołdem najstarszych animacji z Fistaszkami, jest żywcem skopiowana. To świadczy o mocy tej serii: jeśli coś z lat 60’siątych ciągle bawi dzieci dzisiaj.
– Odniosłem wrażenie, że były ze dwa motywy z komiksu, których film nawet nie próbował wprowadzić, tylko z góry założył, że widzowie je znają (np. gdy Linus nagle wspomina o „Wielkiej dyni”) I szczerze? BARDZO DOBRZE! Pokazuje to tylko wolnomyślicielstwo twórców, którzy, nie próbowali być 100% bezpieczni tylko swobodnie wrzucali żarty tak jak je czuli nie zamartwiając się, że część widowni nie załapie 100% gagów. Nic pod publikę…
– Peppermint Patty i Marcie miały najzabawniejsze momenty. Chciałbym cały short tylko z nimi.
– W trakcie pewnej sceny pomyślałem: „To zabawne, że Lucy krytykuje Charliego Browna, że ma «twarz nieudacznika», choć technicznie wszystkie postaci wyglądają tak samo”. I dosłownie chwilę później pojawia się gag wytykający tę ironię. Dobrze świadczy o reżyserze, gdy potrafi przewidzieć reakcje widzów.
– To genialny zabieg, że 2/3 filmu dzieje się zimą, bo gdy już przechodzi wiosna, to ekran zalewa morze kolorów, to zyskują na potędze.
– Ufff… Na samiutkim końcu była „scena z piłką”. Warto zostać do końca napisów.

czerwony baron

Kilka drobnych uwag, które nie wpływają na wysoką ocenę filmu:
– Całość nieco za krótka. Autentycznie mogło to trwać spokojnie dziesięć-piętnaście minut dłużej.
– Za mało Linusa. Znaczy jest go sporo, ale miałem wrażenie, że z tej postaci można wyciągnąć dużo więcej. Jakbym nie czytał komiksu, to po obejrzeniu filmu, miałbym mało o nim do powiedzenia. Ot, mniej barwny członek gromadki. Podczas, gdy w pierwowzorze (przynajmniej w moim odczuciu), to była zawsze najważniejsza postać zaraz po Charlie Brownie, no i Snoopym.
– Rewelacyjny jest wątek dziejący się w wyobraźni Snoopy’ego, ale miałem wrażenie, że można go było lepiej rozłożyć w czasie filmu. W każdym razie w ostatniej 1/3 filmu był moment, w którym dano dwie takie sekwencje pod rząd w bardzo małych odstępach czasu.

fistaszki cala ekipa

Polski dubbing jest świetny, tym bardziej, że grały same dzieciaki, ale:
Fistaszki – Wersja kinowa brzmi idiotycznie. Wiem, że technicznie niczym się nie różni od The Peanuts movie, ale polski tytuł mógłby brzmieć Fistaszki i było by OK.
– Ilekroć w filmie miał miejsce jakiś sklapstik i na ekranie pojawiały się onomatopeje („WHAM!”, „BAM!”), to lektor czytał je na głos. Szkoda!
– Podczas napisów końcowych są scenki, w których bohaterowie tańczą, zaś obok nich pojawiają się ich imiona oraz aktorów, którzy użyczyli im głosów, właściwie pojawiły się tylko imiona Snoopy’ego i jego ukochanej Fifi (bo ich aktorzy byli z oryginału angielskojęzycznego), zaś nie podpisano polskich aktorów. Po prostu pojawia się imię postaci, a obok puste miejsce, w który powinno być wklejone imię aktora. Szkoda, że tego nie uczyniono, dzieciaki odwaliły kawał wspaniałej roboty i zasłużyły, by ich imiona dostały pięć sekund w centrum ekranu!

 [autor: Maciej Kur]

Reklamy

Tagged: , , , , , , , , , , , , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading Fistaszki – wersja kinowa at Kopiec Kreta.

meta

%d blogerów lubi to: