Fistaszki zebrane. 1969-1970

27/07/2014 § 2 komentarze

Wielkości Fistaszków obezwładnia…

Complete PeanutsWielkości Fistaszków obezwładnia, bo jak zmierzyć się z dziełem uchodzącym za najdłuższą opowieść snutą przez jednego człowieka? Jak ogarnąć te 50 lat ciężkiej, mozolnej pracy Charlesa Schulza, który poświęcił swojemu dziełu całe życie? Jak zmierzyć się z utworem, który słusznie uchodzi za jedno z największych osiągnięć sztuki obrazkowej? I nie popaść przy tym w puste peany uwielbienia? Jak nie powtarzać tez i wniosków zawartych w innych recenzjach?

Schulz pozostawił po sobie 17,897 pasków, będących najlepszym dowodem na to, że komiks jest jednak czymś wartościowym. To właśnie Fistaszki stanowią najlepszą obronę wobec wciąż powtarzanego pytania „Czy komiks jest sztuką?”. Jednak paradoksalnie ich autor nigdy nie aspirował do miana „artysty”. Potrzeba takiej nobilitacji była Schulzowi zupełnie obca, choć jego dzieło zostało uznane, w powszechnej opinii, za nie tylko komiksowe arcydzieło, ale ważną część współczesnej kultury (głównie amerykańskiej) oraz została wprowadzona na Parnas. W tym kontekście podział na wysokie-niskie wciąż nie został zrównany przez postmodernistyczny walec, na co Bart Beaty zwraca uwagę w swojej książce Komiks kontra sztuka. Tego zaszczytu doczekało naprawdę niewielu twórców komiksowych – George Herriman, Robert Crumb, Will Eisner, Art Spiegelman, może Jack Kirby, a ostatnio Alison Bechdel oraz Chris Ware – to właściwie z grubsza tyle. Pośród nich Schulz zajmuje z pewnością miejsce wyjątkowe.

„Dla mnie ważne jest, gdy mówię o paskach komiksowych, żeby wszyscy jasno zrozumieli, że nie postrzegam tego, co robię za Wielką Sztukę” – mówi Schulz. Rysowanie tych niepoważnych pasków komiksowych, które potem drukowane są na kiepskiej jakości papierze, w małym formacie, upstrzone znaczkami praw autorskich, w sąsiedztwie reklam odkurzaczy i rubryk sportowych według niego nijak się ma do pracy „prawdziwego artysty”. „Prawdziwy artysta – kontynuuje ojciec Fistaszków – pracujący na swoim płótnie nie musi użerać się z takimi objawami profanacji”. Dziś można się trochę z takiego postawienia sprawy podśmiewać, ale wydaje mi się, że rozumiem Schulza, który utyskiwał na to, że nie posiada autonomii przynależnej „prawdziwym” artystom. Ze jest jedynie ilustratorem, rzemieślnikiem, którego rola sprowadza się do zabawiania tłumów. Ale artyzm jego dzieła polega na czymś zupełnie innym.

Z dzisiejszej perspektywy można powiedzieć, że edycja Fistaszków zebranych, które pierwotnie ukazują się w wydawnictwie Fantagraphics pod czujnym okiem Setha*, przywraca ową autonomię. Chociaż lubię myśleć o tych stripach jako nieodłącznej części gazetowej szpalty. Codziennie, na przestrzeni tych czterech kadrów (czy całej stronie przy niedzieli) Schulz zapraszał swojego czytelnika do wykreowanego przez siebie świata zamieszkałego przez dzieciaki z sąsiedztwa. Była to rzeczywistość bardzo podobna do naszej, ale istniejąca jakby poza czasem. Nie chodzi mi tyle o to, że Linus, Charlie i Schroeder się nie starzeją, a ich raz nakreślone charaktery i zachowania nie ewoluują, ale bardziej o odcięcie się od aktualnych wydarzeń, od chwili bieżącej.

fistaszki

Schulza kompletnie nie interesowało komentowanie tego, czym żyła ówczesna Ameryka. Woli opowiadać o człowieku żyjącym hic et nunc, tu i teraz, o najbardziej ludzkich i uniwersalnych aspektach naszego życia. O strachu, miłości, marzeniach, radościach, porażkach i baseballu, hokeju. Śledząc nieustanne zmagania Charliego Browna z rzeczywistością, oglądając jego kolejne porażki na boisku, mające niemal egzystencjalny wymiar, czytelnik niczym w antycznym theatronie przeżywa swoje małe katharsis. I to nie od święta, nie jak znajdziemy czas na „wielką sztukę’, tylko niemal codziennie, przy śniadaniu czy jadąc pracy, czytając właśnie te śmieszne „komiksiki” wydrukowane na kiepskim papierze, w małym formacie, upstrzone znaczkami praw autorskich. Schulzowi udała się rzecz niebywała – przemycił do codziennego życia uczucia obcowania z czymś, co jest wielkie i pięknie, coś co dotyka nas na najbardziej elementarnym, ludzkim poziomie. Ta sztuka (chciałoby się napisać: sztuczka) udaje się tylko największym.

fistaszki chaMogę śmiało napisać, że Fistaszki są komiksem zmuszającym do refleksji, dziełem głęboko ludzkim, ale napisanym z pewnym filozoficznym zacięciem. I wiem, że te pompatyczne sformułowania nijak się nie oddają magii pasków Charlesa Schulza, ich szlachetnej prostoty, ale tak, jak pisałem we wstępie – wobec tego dzieła jestem po prostu bezradny. Nie znajduje odpowiednich słów, aby móc w pełni opisać jego wielkość. Posłużę się więc wypowiedzią kogoś innego, aby podsumować tę recenzję. Były prezydent USA, Bill Clinton, w styczniu 2000 roku już po śmierci Schulza komplementował jego dzieło, które „dzień po dniu czyni nas ludźmi”. Trafił w sedno.

* Warto wspomnieć, że Seth {właśc. Gregory Gallant) w 2005 roku za The Complete Peanuts otrzymał Eisner Awards oraz Harvey Awards w kategoriach (odpowiednio): Best Publication Design oraz Special Award for Excellence in Presentation.

Charles M. Schulz (scen. & rys.), „Fistaszki zebrane. 1969-1970”, przeł. Michał Rusinek, Nasza Księgarnia, Warszawa 2014.

[autor: Jakub Oleksak]

 
{komiks można kupić tu: klik! klik! lub tu: klik! klik!}

Advertisements

Tagged: , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

§ 2 Responses to Fistaszki zebrane. 1969-1970

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading Fistaszki zebrane. 1969-1970 at Kopiec Kreta.

meta

%d bloggers like this: