LiterObrazki: osobista relacja

16/06/2014 § 5 komentarzy

            Wiesz, Ficka,

literobrazkiw sobotę i niedzielę byłem w Bydgoszczy; nie sam, namówiłem Anię i Kirę, aby pojechały ze mną na LiterObrazki, czyli III Festiwal Książki Obrazkowej dla Dzieci. Pociąg wyjeżdżał z Poznania o 6.35, więc musiałem wstać wcześnie, co nie było łatwe. Jakoś się jednak udało. Onet prorokował, że pogoda nie będzie sprzyjająca, na szczęście zasadniczo się pomylił.

Festiwalowe wydarzenia miały miejsce w gmachu głównym Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki, która zajmuje ogromną kamienicę na Starym Rynku. Budynek jest fascynujący, z ogromną ilością pomieszczeń, schodów, przejść, zakamarków, zaułków – prawdziwy „labirynt Fauna”. Na czas trwania festiwalu ożył cały budynek, wszędzie było pełno biegających dzieciaków i sunących za nimi dorosłych. Widać było wyraźnie, że dzieci mają radochę. Pierwszego dnia miałem spore trudności trafić do właściwiej sali, ale na szczęście zawsze w pobliżu znajdował się ktoś, kto bardzo chętnie udzielił informacji, gdzie należy iść, aby trafić na warsztaty czy spotkanie, na które chciałem dotrzeć.

W sobotę pierwszym wydarzeniem, na które poszliśmy całą naszą trzyosobową grupą, były warsztaty Pobawmy się w sklep prowadzone przez Joannę Gusztę na podstawie zilustrowanej przez nią książki Sklepy. No, może nie da się powiedzieć, że były to „warsztaty”, jeśli już to „zajęcia” na podstawie książki. Nasza trójka była jedynymi dorosłymi, którzy chcieli brać w nich czynny udział. Mam wrażenie, że prowadząca była bardzo zaskoczona takim obrotem spraw. Sam byłem zaskoczony, ale czymś innym. Nie mogłem się nadziwić, że większość mam nie pozwalała swoim dzieciom pracować samodzielnie. Może to kwestia tego, że milusińscy mieli używać nożyczek (a to przecież taki niebezpieczny przedmiot!). W każdym razie dziwiło mnie to, że prawie nad każdym dzieckiem „wisiała” mama, która wycinała, szkicowała, podpowiadała („Użyj żółtego koloru, bo kanarki są zawsze żółte”, naklejała narysowaną witrynę sklepu na pudełko po butach, a rola dziecka ograniczała się do patrzenia na sprawne ręce dorosłego. I pamiętam jeszcze jedną rzecz, która mnie niemało zaskoczyła. Wiesz, osobiście bardzo lubię rzeczowniki, które precyzyjnie nazywają rzeczy i przedmioty; niektóre – w wyniku językowego lenistwa – powoli wychodzą z użycia, warto je więc ratować. Dlatego ćwiczenie Joanny, która pytała dzieci, jak nazywa się sklep, w którym można kupić puszkę szprotek, pęto serdelków, pyszną wuzetkę bardzo mi się podobało. Jednakże niektórym mamom nie, głośno wyrażały swoje niezadowolenie, że używa się takich trudnych słów, które dzieci nie znają; no i niestety nie będą pewnie miały już okazji poznać.

Nie mogliśmy zostać do końca zajęć, ponieważ na 11.00 zaplanowana była rozmowa o przydługim tytule: Książka obrazkowa jako antidotum na infantylizację kultury skierowanej do dzieci, prowadzona przez Magdalenę Sikorską z udziałem: Olchy Sikorskiej, Moniki Obuchow, Krystyny Lipki-Sztarbałło oraz Marii Szczodrowskiej. Robiłem sobie w kajeciku notatki z tego spotkania. Panie (tylko!) poruszyły kilka ciekawych kwestii. Pani Krystyna zwracała uwagę, że jeśli autorzy (tekstu & ilustracji) traktować będą czytające dziecko jak partnera do rozmowy, jeśli wywiąże się miedzy nimi dialog zasadzony na wzajemnym szacunku i poczuciu odpowiedzialności a nie użytkowości podawczej (bo idei sprzedawać nie należy), to wówczas infantylizacja nie będzie miała miejsca. Wtórowała jej p. Olcha, która zwracała uwagę, że powstaje dużo książek użytkowych, opartych na kulcie doraźnej korzyści – podkreślając swój punkt widzenia taką scenką: „Moje dziecko boi się ciemności, polećcie mi więc książkę, po przeczytaniu której przestanie się jej bać”. A Monika Obuchow utyskiwała, słusznie, że reklama zastępuje krytykę, ponieważ nie ma przestrzeni medialnej, w której krytyka książki dla dzieci mogłaby wybrzmieć; istnieje, co prawda, podziemie w internecie, ale siła jego oddziaływania i zasięg jest znikomy w porównaniu z siłą TV.teodorTo niektóre z wyjątków, które sobie wynotowałem, rozmowa trwała długo. W wyniku tego nie udało mi się iść na 12.00 na spotkanie z Iwoną Chmielewską, czego bardzo żałuję. Ostatnim punktem sobotniego programu, w którym uczestniczyłem, były zajęcia na podstawie książki Teodor z Marią Szczodrowską i przedstawicielami Fundacji Win-Win. Było bardzo kameralnie i zabawnie. Nasza obecność została zaakceptowana i mogliśmy się wspólnie bawić. Zadanie polegało na zrobieniu maski jakiegoś wymarzonego zwierzęcia, którym chciałoby się być, gdyby nie było się człowiekiem. Oczywiście zostałem kotem, choć, w wyniku braku uzdolnień manualnych, moja maska bardziej przypominała maskę Batmana niż kota. A potem jeszcze wyszliśmy na dziedziniec, bo pięknie świeciło słońce i Maria robiła nam zdjęcia.

otwartaPotem zrobiliśmy sobie miły spacer na ulicę Poznańską, odwiedziliśmy Kasię i Magdę w Otwartej Pracowni Sitodruku. Dziewczyny akurat były w pracy, robiły nadruki na drewnianych podkładkach. Opowiedziały nam trochę o technice sitodruku, wytłumaczyły z czym się to je oraz pozwoliły zrobić kilka odbitek. Tak sobie myślę, że zajęcia „z sita” w ramach LiterObrazków świetnie by się sprawdziły. Może w następnym roku organizatorzy zaproszę Otwartą Pracownię.

Na niedzielę miałem dla naszej trójki zaplanowane zajęcia warsztatowe Magiczne portrety z Wydawnictwem Tako na podstawie ich książki Wielka księga portretów zwierząt, takoa potem kolejne Niech się nie jąka, kto spotka pająka, czyli zajęcia prowadzone przez Daniela de Latour. Niestety w żadnym z nich nie udało nam się wziąć aktywnego udziału, ponieważ dzieci było tak dużo, że dla nas nie starczyło już miejsca przy stole ani materiałów. Zajęcia prowadzone przez Daniela, to były faktyczne warsztaty, co mi się podobało. Ponieważ dzieci miały zadanie polegające na ułożeniu swojej historii z wybranych elementów scenografii. Gdy dzieci wycinały, kleiły i kolorowały (znów z permanentną pomocą rodziców – a może poprosić rodziców, aby się nie udzielali, najlepiej niech pójdą na dziedziniec na kawę lub mają w tym czasie „swoje” zajęcia?) stałem pod oknem i rozmawiałem z Magdaleną Sikorską, że chyba wszystkie manualne zajęcia skierowane są do dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym, że dla młodzieży, która także mogłaby być czynnym uczestnikiem festiwalu, warsztatów nie przewidziano. Tak sobie gdybaliśmy, że może w przyszłym roku organizatorzy przygotuję warsztaty komiksowe. Oczywiście, z wiadomych powodów, pomysł mi się bardzo podobał. Ciekawe, czy Paulinie i Marcinowi również się spodoba.

W międzyczasie byłem jeszcze na spotkaniu z Agatą Napiórską z wydawnictwa Nasza Księgarnia, która opowiadała o tym, jak powstaje książka. Agata przybliżała całą drogę: od pomysłu w głowie autora (i/lub redaktora) aż do fizycznej obecności książki w księgarni. Na sali było więcej dorosłych niż dzieci. Co wprowadziło pewne zamieszanie, ponieważ prelegentka była przygotowana, aby mówić do milusińskich, a dorośli również byli żywo tematem zainteresowani. Kapitalnie, że redaktorka „Zwykłego Życia” przywiozła ze sobą do pokazania książkę w różnych etapach produkcji. Dodatkowo podzieliła się wiedzą fachową; sam nauczyłem się nowego czasownika, ponieważ dowiedziałem się na czym polega falcowanie zadrukowanego arkusza papieru w drukarni i dlaczego tak ważne są proofy.

makietaJestem za tym, aby w przyszłym roku odbyły się dwie prezentacje dokładnie na ten sam temat: jedna dla dzieci, a druga dla młodzieży i dorosłych. Nie wiem, czy udało Ci się dotrwać, doczytać aż do tego miejsca. Mam nadzieję, że tak. Wiesz, LiterObrazki to kapitalne wydarzenie! Bardzo się cieszę, że byłem. Miasto Bydgoszcz i Biblioteka okazały się być bardzo przyjazne. Festiwal przeznaczony jest zasadniczo dla dzieci, to one są głównym beneficjentem. Może w przyszłym roku przyjedziesz z Janem do PL akurat w czasie, gdy będzie się odbywał. A jeśli przyjedziesz bez Jana, to i tak może uda nam się pojechać. Może organizatorzy tak ustawią program, aby dorośli mogli śmiało i bez komplikacji, wynikających z zachodzenia na siebie, mogli uczestniczyć w tych kilku punktach przeznaczonych dla nich, a może nawet program zostanie trochę rozbudowany, bo przecież nie tylko dzieci czytają książki obrazkowe przeznaczone dla dzieci. No i marzy mi się, aby może było mniej wystaw, ale niech będą pokazane oryginalne prace. No i skoro profesor Szyłak pisze, „że każdy komiks jest picturebookiem, ale nie każdy picturebook jest komiksem”, to może w przyszłym roku jakieś komiksowe działania będą także.


[organizacja: 5, program: 5+, dostępność: 4]

Teodorem

Advertisements

Tagged: , , , , , , , , , , , , , ,

§ 5 Responses to LiterObrazki: osobista relacja

  • pozdRaf pisze:

    Reblogged this on Komiks w bibliotece and commented:
    Niestety, nie udało mi się dotrzeć na tegoroczne LiterObrazki (III Festiwal Książki Obrazkowej dla Dzieci) w bydgoskiej Wojewódzkiej i Miejskiej Bibliotece, ale bardzo polecam relację Macieja Gierszewskiego.

  • Karolina pisze:

    Z przyjemnością przeczytałam tę relację z LiterObrazków. Cieszę się, że natknęłam się na ten blog, bo chciałam poznać komiksy dla dzieci, ale zupełnie nie wiedziałam jak ten temat „ugryźć”. Dzięki!

  • Joanna G pisze:

    Pięknie, żałuję, że Bydgoszcz tak daleko od Wrocławia… chociaż jak wy z Poznania i daliście radę to czemu nie :) Niestety sama obserwuję to co piszesz, że rodzice często na różnych zajęciach, warsztatach nie dają dziecku się wykazać i nie trzymają rączek przy sobie. Aż je tam nosi :P To chyba wynik takiej chęci by wszystko było perfekcyjne, idealne i zgodne z rzeczywistością. A przecież dzieciaki to prawdziwi artyści, szczególnie specjalizujący się w abstrakcjonizmie. Pozdrawiam

  • krztonia pisze:

    Fajna impreza, szkoda, że z Katowic raczej nieosiągalna (jeśli chodzi o dojazd). Chyba każde większe miasto ma już swoją, lepiej lub gorzej przygotowaną, imprezę związaną z książką dziecięcą i to się ceni, bo jest to trend w jakimś tam sensie nowy. Mam nadzieję, że to zainteresowanie książką dziecięcą nie przeminie, tylko będzie coraz powszechniejsze.

    Bardzo mnie tylko niepokoi to, co Maciej zaobserwował podczas warsztatów – rodzice wyręczający dzieci w kolorowaniu, wycinaniu, w sumie w myśleniu (np. o kolorach). To strasznie smutne, zwłaszcza ze względu na dzieciaki i ich rozwój manualny (i artystyczny). Rzeczywiście pojawia się takie zjawisko wśród rodziców „daj, zrobię to za Ciebie”, „daj, ja to wytnę” etc. Być może kiedyś też tak było, ale ja tego nie pamiętam – my z bratem mieliśmy zupełna dowolność w rysowaniu, klejeniu, malowaniu, wycinaniu i jedyną bolączką naszych rodziców było domywanie naszych rąk, wiecznie brudnych od mazaków, które nigdy nie chciały zmyć się wodą z mydłem. Za nic bym tego nie zamieniła i niepokoi mnie gdy widzę, jak rodzice zamiast kredek wciskają dzieciom w ręce tablety i smartfony.

  • monikape pisze:

    dzięki Twojemu wpisowi przypomniałam sobie o „Wielkiej księdze portretów zwierząt” – którą wypatrzyłam sobie wiele miesięcy temu, a potem… hm… zapomniałam :( ale już pamiętam :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading LiterObrazki: osobista relacja at Kopiec Kreta.

meta

%d blogerów lubi to: