Kroniki birmańskie | Dziennik podróżny

28/01/2012 § 3 komentarze

Jak pisać o podróżach? Osobiście, skupiając się na własnych doświadczeniach czy koncentrując się na tym, co widzimy? Podróż wpływa na nas bardziej poprzez to, co obserwujemy na zewnątrz, czy przez to, jak odbija się na nas samych, wyrwanych z powtarzalnej codzienności  i wrzuconych w nurt innej, płynącej obok nas, dziejącej się poza nami?

Oto parę prób odpowiedzi na te pytania w oparciu o dwa komiksy. Oba o podróżowaniu – ale każdy w innym jego wymiarze.

Pierwszy z nich to Kroniki birmańskie Guya Delisle’a. Kanadyjski rysownik opisuje w nim swój kilkunastomiesięczny pobyt w Birmie/Myanmar. Do tego azjatyckiego kraju jedzie z żoną, pracującą tam dla organizacji humanitarnej Lekarze Bez Granic. Podczas gdy ona pracuje, on opiekuje się ich małym synkiem, Louisem, i obserwuje codzienność w państwie rządzonym przez wojskową dyktaturę.

Drugi to Dziennik podróżny Craiga Thompsona, opisujący z kolei podróż rysownika po Europie i Maroku. Sporo czasu spędza on na spotkaniach autorskich – jest w trakcie promocyjnego touru po Europie, będącego konsekwencją sukcesu jego komiksu Blankets – ale w wolnych chwilach zwiedza francuskie miasta, spotyka się ze znajomymi i wybiera się na samotną eskapadę do Maroka, gdzie zbiera materiały do kolejnego albumu, Habibi (który w maju będzie miał polską premierę).

Obaj są zatem w podróży – z tym że u Thompsona oznacza to ciągły ruch, przemieszczanie się z miejsca na miejsce, a w przypadku Delisle’a przeniesienie się z jednego kontynentu na drugi, by pomieszkać tam na stałe przez dłuższy czas. Obaj w jej trakcie spotykają różnych ludzi, w tym również innych rysowników komiksów i wiele miejsca poświęcają opisom spotkań z nimi. Choć obaj obserwują miejscową codzienność i różnice w zwyczajach, które ich zaskoczyły, i np. w jedzeniu, robią to w różny sposób, przedstawiając samą ideę podróżowania w innym świetle.

Craig Thompson prowadzi, jak sama nazwa wskazuje, dziennik z podróży. Są to spontaniczne – lub mające na takie wyglądać – ilustrowane zapisy jego spotkań z ludźmi, małymi kotami (sic!) czy z przebiegu jego pieszych wędrówek po miastach. Tak jak w dzienniku, znajdują się tu rozmaite informacje: a to zgubiły się ulubione piórka do rysowania autora i rysownik żali się na marniejszą jakość wykonywanych przez siebie ilustracji, a to dopada go tęsknota za eks ukochaną, a to z kolei zjadł przepyszny obiad z rodziną francuskich przyjaciół i rozmawiali m.in. o tym i o tamtym. Rysunki Thompsona są bardzo zróżnicowane, zmienne jak jego nastroje, często podszyte smutkiem i melancholią.

Mimo że Thompson odwzorowuje zmieniające się krajobrazy odwiedzanych miejsc, pozostają one jedynie tłem do jego wynurzeń na temat własnych marzeń czy kompleksów. Podróż nie jest dla niego ważna sama w sobie, choć na początku uznaje ją za ciekawą (a później za coraz bardziej męczącą ze względu na częste spotkania autorskie i liczne egzemplarze Blankets, które musi podpisywać), lecz ze względu na dystans, jaki zyskuje wobec spraw nierozwiązanych lub nieprzeżytych do końca w Stanach. Clue wyjazdu dla Thompsona jest nie tyle zwiedzenie Francji czy samotna wyprawa do Maroka, lecz wyniesienie z nich osobistych wniosków oraz uporządkowanie emocji i spraw.

W innej sytuacji znalazł się Guy Delisle w Birmie. Widać to już po planszach jego albumu: systematycznie układanych z 9 kadrów, najczęściej o tych samych wymiarach. Nic tu nie wymyka się spod kontroli rysownika. Zapisy nie chcą łudzić nas spontanicznością, żadną notatkowością. To w pełni przemyślana – i nie ukrywająca tego – forma narracji o codzienności autora w Azji. Najbardziej banalne i doniosłe wydarzenia przedstawione są jako historie z zabawną, przewrotną puentą, pisane z perspektywy czasu.

Choć wiele w nich opowiada o sobie, o swoim synku Louisie i ojcowskich trudach w skoncentrowaniu się na pracy, zwłaszcza gdy w domu jest małe dziecko (świetna historia o tym, jak Guy wychodził z domu rano na spacer, obchodził okolicę i wchodził do domu innym wejściem, by oszukać się, że poszedł do pracy), to jednak głównie koncentruje się na obserwacji Birmy i Birmańczyków. Bada błahe różnice w sklepach spożywczych i żywieniu, ale również próbuje dowiedzieć się jak najwięcej o poglądach Birmańczyków na dyktaturę, na rozmaite zakazy i nakazy. Chce poznać ich sytuacje życiowe i rzeczywistość składającą się z wielu rozmaitych warstw – społecznych, politycznych, osobistych.

Krótko mówiąc, z podróżami jak z poezją: można wchodzić w siebie i wychodzić z siebie*.

Oba komiksy świetne – i Kroniki birmańskie, i Dziennik podróżny są zdecydowanie warte przeczytania. Ostatecznie mogę się przyznać, że na Kroniki… patrzę przychylniejszym okiem (ten humor!), ale głównie ze względu na sympatię, jaką z miejsca poczułam wobec ich autora, a nie z racji przewagi zalet samego albumu nad Dziennikiem… . Bo poziom obu tych travelogów jest bardzo wyrównany.

Guy Delisle (scenariusz i rysunki), „Kroniki birmańskie”, przeł. Katarzyna Koła, Kultura Gniewu, Warszawa 2008.

Craig Thompson (scenariusz i rysunki), Blutch, Lewis Trondheim, Mike Allread, Charles Burns, Charles Berberian (gościnnie rysunki), „Dziennik podróżny”, przeł. Agnieszka Idzikowska, Timof i Cisi wspólnicy, Warszawa 2010.

-_ _

* „W liście do Bena Bellita Schubert pisze: ‘Frost powiedział mi kiedyś – o poecie – że może on wyrzucić ramiona przed siebie albo przyciągnąć je do siebie; w jednym i w drugim przypadku ogarnie kawał świata’” (frag. z: „inne Tradycje”, John Ashbery, s. 154).

[autorka: Joanna Janowicz]

Advertisements

Tagged: , , , , , , , , , , , ,

§ 3 Responses to Kroniki birmańskie | Dziennik podróżny

  • damcibanslay pisze:

    Fajny tekst, który zrobił mi wielką ochotę na „Kroniki…”. Chodź całkowicie je olałem gdy wychodziły. „Dzienniki…” za to podobały mi się bardzo!

  • Pamiętam, że gdy kupowałem „Kroniki…” w moim mieście padał taki śnieg, że przemokła mi cała torba m.in. z indeksem (ech…), na szczęście opowieść Guya została ocalona, gdyż trzymałem ją dodatkowo w siatce. Stare dobre czasy… :)

  • Zarówno „Kroniki” jak i „Dziennik” są świetnymi komiksami – o ile „Dziennik” ze względu na formę można nazwać komiksem. Ale to właśnie ta druga – niekomiksowa poniekąd pozycja robi na mnie większe wrażenie. Genialne grafiki Thompsona biją na głowę „Kroniki”, choć – to „Kroniki” czyta się łatwiej… Ale jak już mówiłem – oba komiksy warto mieć.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading Kroniki birmańskie | Dziennik podróżny at Kopiec Kreta.

meta

%d blogerów lubi to: