Urodziłem się z odrobiną talentu – wywiad z Waldemarem ‘Ostrym’ Juszczykiem

08/11/2011 § Dodaj komentarz

Kraina komiksu (dalej w tekście Kk): Skąd pomysł na obranie takiej drogi życiowej – zostanie rysownikiem? Jak to się zaczęło?

Waldemar ‘Ostry’ Juszczyk (dalej w tekście Ostry): Nie miałem wyboru, musiałem zostać rysownikiem. Urodziłem się z odrobiną talentu. A otoczenie zrobiło resztę. Już w pierwszych latach szkoły podstawowej musiałem rysować dla nauczycieli, starszych kolegów i znajomych. Nauczyciele wyrabiali sobie na moich rysunkach dodatkowe kwalifikacje zawodowe, koledzy otrzymywali lepsze stopnie (lub w ogóle dzięki nim zdawali do następnej klasy), a znajomi brali udział w różnych konkursach plastycznych itp.
Bardzo dużo czytałem, lubiłem też wymyślać własne historie, a że komiks był wtedy dość powszechny (Świat młodych, Relax, Fantastyka), to już znałem tą formę sztuki. Nie mogło więc stać się inaczej, wpadłem w komiks po uszy. Kk: Jacy rysownicy polscy/zagraniczni wywarli na Ciebie największy wpływ?

Ostry: Czy jakiś rysownik wywarł na mnie wpływ? Nie. Komiks – jako sztuka – tak. Nigdy nie chciałem rysować jak inny artysta. Cenię i szanuję talent wielu twórców komiksu, którym nigdy nawet do pięt nie dorosnę, ale ja mam swoje własne światy i pomysły, które rysuję, tak jak moim zdaniem, jest dla nich najkorzystniej. Nie pielęgnuję niczego, co można by nazwać własnym, rozpoznawalnym stylem. To opowiadana historia i temat rządzą grafiką, ja jestem tylko narzędziem, tak jak ołówek i papier.

Kk: Jaki komiks (jeśli pamiętasz) poznałeś w dzieciństwie jako pierwszy? Możesz podać czy to był album, czy komiks w gazecie (np. w Świecie Młodych)?

Ostry: Miałem zbyt wczesny kontakt z komiksem by zapamiętać, który był pierwszy. Mój starszy brat również lubił komiksy i literaturę fantastyczną, dlatego Fantastyka i Świat Młodych były prenumerowane, a wszelkie Relaxy, komiksy i książki kupowane. Ech, co to były za czasy, gdy książki były tanie, aż się łezka w oku kręci.

Kk: Skoro tak wcześnie zacząłeś z komiksem, to pewnie miałeś okazję poznawać »Kovala« na bieżąco, czy wtedy ten komiks był odbierany jako novum i coś przełomowego?

Ostry: Gdy tylko listonosz pojawiał się w okolicy w terminie wydania nowego numeru Fantastyki, już na niego czekałem. Czytałem kolejny odcinek przygód Kovala zanim doszedłem do domu. Gdy się nim „nawierzyłem”, a Fantastyka została przeczytana „od deski do deski”, brałem kredki i kolorowałem odcinek.
Czy Koval był czymś przełomowym? Dla mnie na pewno, w znaczeniu „Polak też potrafi”, realistyczna kreska, no i ulubiony gatunek fantastyki – Science Fiction. Dla brata wtedy podobnie, ale on już teraz wyrósł z komiksów, mnie się nie udało i jest za późno na lekarstwo. Co do innych, to nie było i nie ma w moich okolicach fanów komiksu lub dobrze się ukrywają z tym „dziecięcym” hobby. Jednak potencjalnych odbiorców są tysiące, najzwyczajniej nie ma ich kto „zarazić” komiksem. Pamiętam, jak Koval doczekał się pierwszego wydania albumowego. Mieliśmy wtedy przynieść do szkoły ulubioną książkę, ja przyniosłem Kovala. Oczywiście nauczycielka „objechała” mnie za kapitalistyczne ciągoty (nie zdążyłem nawet wyjaśnić, że to polski komiks). Ale komiks przeczytała cała szkolna „brać”. Przynosiłem kolejne, komiksy były czytane przez wszystkich, nawet opornych – takich, których książki „parzyły”. Część komiksów uległa przez to zniszczeniu lub osoby pożyczające, pożyczały dalej i w końcu ktoś nie wiedział komu ma go oddać. Nie było wtedy ani Empików, ani Egmontu, więc bez problemu mogłem sobie kupić kolejny egzemplarz za parę złoty (Kovali do tej pory mam kilka).

Kk: Mam wrażenie, że nie lubisz kolorować swoich komiksów, bardzo rzadko to robisz i chyba w Photoshop’ie. Rysujesz ręcznie, zgadza się? Sam wolisz czytać komiksy czarno-białe?

Ostry: Chętnie kolorowałbym swoje komiksy, najlepiej wszystkie i od razu. Są jednak trzy powody, dlaczego się tak nie dzieje.
Pierwszy to możliwości wydawnicze. Zine, w którym ukazują się moje prace, drukuje wyłącznie czarno-białe komiksy, tak jak i inne ziny, z którymi nie współpracuję (ale może kiedyś będę). Wyjątkiem bywają kolorowe okładki i takie sytuacje wykorzystuję natychmiast.
Drugim powodem jest moja niechęć do farb wodnych. Obrazy maluję wyłącznie olejnymi, które dają mi pełną kontrolę nad obrazem i w jakiś sposób sprawiają, że czuję obraz jako „namalowany”, a nie „namoczony” w barwnikach. Jakiś czas temu robiłem nawet eksperymenty z malowaniem kadrów farbami olejnymi: (http://ostrykomiks.blogspot.com/2011/09/ostry-monida.html), ale to oczywiście nie ma sensu. Dlatego pozostał mi jedynie Photoshop. Trzecia przyczyna jest prosta – brak czasu. Zamiast pokolorować kilka plansz, wolę narysować kilka kolejnych i tak się to ciągnie. Dzięki temu jest więcej rysunków i komiksów, ale mniej koloru. Problemy z czasem najwyraźniej widać np. w Predziu, gdzie jakość rysunków opada z planszy na planszę.
Co do rysowania, to wyłącznie ręcznie. Ołówek i papier, ostatnio nie poprawiam nawet szkiców tuszem, a jedynie kontrastuję na komputerze szkice wykonane ołówkiem. Korzyści z tego są podwójne. Zajmuje to mniej czasu, bo nie musze się bawić w inkiera, a rysunki mają więcej życia.

Kk: Skąd bierzesz pomysły na scenariusze?

Ostry: Pomysły są wszędzie, wystarczy się rozejrzeć. Może to być nawet gest, czy jedno zdanie wypowiedziane przez kogoś z ulicy. To wystarczy, by nagle przyszła do głowy jakaś komiksowa postać. Potem pojawia się jakaś sytuacja, w której ta postać mogłaby się znaleźć. Na koniec wystarczy rozpisać początek historii, rozwinięcie i zakończenie.
Drugi sposób. Jeśli chcę narysować nową historię, biorę kartkę i rysuję cokolwiek, bez zastanowienia. Już przy którymś rysunku przychodzi mi do głowy jakiś „dymek” do narysowanej postaci lub jakieś zdarzenie, które mogłoby mieć miejsce w naszkicowanej sytuacji. Wtedy pozostaje już tylko dopowiedzieć sobie resztę scenariusza.
Pomysły to nie problem. Jednak długotrwałe i pracochłonne rozpisywanie szczegółów scenariusza „zabiło” już niejeden pomysł. Dlatego szukam ostatnio pomocy, wsparcia.

Kk: Jesteś miłośnikiem komiksów od dziecka, jednocześnie twórcą – rysownikiem i scenarzystą. Wypowiadałeś się kilkukrotnie na temat problemów początkujących twórców z wydawcami. Można więc powiedzieć, że znasz rynek „na wylot”. Mówi się wiele o kryzysie związanym z nałożeniem podatku na komiksy, praktykami monopolistycznymi największego dystrybutora książek i komiksów, czytaniem komiksów w Empikach i brakiem nawyku wśród Polaków czytania oraz kupowania komiksów, tak jak dzieje się na zachodzie, we Francji, Belgii, o Stanach nie wspominając. U nas komiks jest traktowany jako coś dla dzieci, niepotrzebny gadżet. Przy planowaniu oszczędności w trudnych czasach, najpierw rezygnuje się z komiksów i książek. Co według Ciebie należałoby zrobić, aby uzdrowić rynek i jakie działania powinny być podjęte, aby ułatwić wybicie się polskim twórcom?

Ostry: Nie znam rynku „na wylot”. Jest zbyt rozproszony wydawnictwami/wydaniami „Niezależnymi” czy „Okazjonalnymi”, by ktokolwiek był w stanie się w tym wszystkim połapać. To dobrze, że mamy tak zaangażowanych twórców, którzy sami wydają swoje komiksy. Źle, że nie robią tego profesjonalne wydawnictwa na szerszą skalę. Co według mnie należałoby zrobić, aby uzdrowić rynek? Nic, rynek jest zupełnie zdrowy. To komiksów jest za mało i są za drogie – tak po prostu. „Choroby” trzeba szukać w wydawnictwach, które albo nie zajmują się komiksem wcale, albo robią to nieudolnie. Drukowanie światowych mistrzów komiksu jest pożyteczne, ale gdy zapomina się o rodzimym komiksie, to już jest powolne samobójstwo. Przecież to proste – dlaczego w Francji, Anglii, USA, Belgii itd. komiksy są tak popularne? Bo do czytelników trafiają historie, które ich dotyczą. Są rysowane przez „własnych” rysowników i akcja komiksów dzieje się w „własnym” kraju. W ten sposób odbiorcy utożsamiają się z komiksami, „zarażają” się nimi i sięgają po więcej – po komiks zagraniczny. U na to jest od „tyłu” strony, więc i efekty „tylne”.
Kiedy to były czasy świetności komiksów? Ano w czasach Żbików, Klossów, Relaxów, Tytusów itp., itd. Wystarczyło komiks wydać i miał się sprzedać, bo był „swój”. Co się stało później? Wraz z rodzimym komiksem rosło zainteresowanie komiksem zagranicznym. Gratka dla wydawnictw, bo często prawa do przedruków były tańsze, niż opłacanie krajowych artystów. To pułapka, w której tkwimy do dziś. Zniknął z półek polski komiks, a wraz z nim szeroki odbiór komiksu. Zostało marudzenie, że ktoś „obmacuje” w Empiku drogocenne wydanie albumu jakiegoś przedruku, podczas gdy ten ktoś, przed zakupem, chciał sprawdzić, czy będzie wiedział o czym do ch… ten komiks jest. A że nie kupił, to chyba nie wiedział lub nie był zainteresowany historią zrobioną docelowo pod np. brytyjskiego odbiorcę. Nakład spadnie, cena wzrośnie, a wydawca nadal będzie kierował niewłaściwe treści do niewłaściwego odbiorcy, zdziwiony, że się nie sprzedają. To jak sprzedawanie urugwajskich książek telefonicznych.
Co do twórców, to mamy ich wielu i bardzo zdolnych. Wielu odniesie sukces, ale okrężną drogą, jeśli „tylne” postrzeganie rzeczywistości przez wydawnictwa się nie zmieni. Okrężną, bo będą musieli nawiązać współpracę z zagranicznymi wydawnictwami, by trafić po przedruku z powrotem na krajowe półki. Tyle że komiks narysowany przez naszego twórcę za granicą, nie będzie już zawierał „swojskich” treści, więc niewiele się z odbiorem zmieni.
Trudności z wybiciem się w Polsce, to również długi czas pracy który trzeba poświęcić na stworzenie komiksu. Przygotowanie albumu, no niechby pół roku. Przez ten czas trzeba stale nad nim pracować, równocześnie jakoś się utrzymywać, a prawdopodobieństwo wydania – znikome (wydawcy wolą urugwajskich operatorów telefonii). Dlatego często projekty zostają porzucone. Szansą będzie może konkurs na komiks z Centralą – Długi debiut. Jednak od strony praktycznej, trochę inaczej to wygląda. Zacytuję punkt drugi regulaminu konkursu:
„Pomiędzy zwycięzcą konkursu i Organizatorem zostanie zawarta umowa wydawnicza zapewniająca honorarium autorskie. Organizator zapewnia dystrybucję oraz 8% ceny okładkowej z każdej sprzedanej książki dla zwycięzcy konkursu.”
Nakład jest nieznany, ale nawet gdyby był zbliżony do maksymalnego nakładu Egmontu, byłoby to 2000 egzemplarzy. Załóżmy, że cena egzemplarza to 35 zł. Wynagrodzenie twórcy/twórców to będzie te 8%, czyli nawet jeśli sprzedadzą się wszystkie egzemplarze, da to twórcy 5600 zł za półroczną pracę. Czyli 933 zł miesięcznie, podczas gdy obecnie wynagrodzenie minimalne wynosi 1386 (na 2012 rok zapowiadane jest 1500 zł). W „normalnej” pracy byłoby to więc złamaniem prawa. Ale skoro mówimy o procentowym wynagrodzeniu, to wspomnę mojego sąsiada. Pracuje w piekarni, rozwozi chleb i dostaje 9% (czyli więcej), a jedyne wymagane kwalifikacje, to ważne prawo jazdy.
Tak więc myślę, że aby ogólna sytuacja komiksu się poprawiła, wydawnictwa muszą drukować polskie komiksy. Wzrosną wtedy szanse dla rysowników i przybędzie odbiorców. No i te 8% będzie zupełnie inaczej wyglądać przy 20 000 nakładzie.

Kk: Czy wg Ciebie rozróżnienie na komiks i/lub powieść graficzną jest słuszne ideowo?

Ostry: Rozróżnienie nie. Wolałbym ZASTĄPIĆ nazwę „komiks”, nazwą „powieść graficzna”. Być może też w zależności od objętości stron i innych form byłby też „opowiadania graficzne”, „historie obrazkowe” (historyjki obrazkowe), „zbiory historii graficznych”, itd. Obecnie „komiks” bywa, co do niektórych dzieł, nazwą poniżającą, tak jak „powieść graficzna” dla innych zbyt hojną i na wyrost przyznaną. Dobrze, że na zachodzie utrwala się nazwa „graphic novel”, szkoda jednak, że jest przyznawana i uznawana bardziej na podstawie jakości wydania, niż jakości zawartości. Najgorsze jest to, że biblioteki które dotychczas gardziły komiksem, akceptują ten sam komiks w wydaniu „książkowym”. Czyli już teraz nagle to „powieść graficzna”, ponieważ jest lepiej oprawiona? To obnaża ignorancję „oczytanych” i opiniotwórczych środowisk, które jak się okazuje, cenią komiks po okładce.
Na dłużą metę to dobrze, że komiks w przebraniu powieści graficznych, powoli zaczyna być postrzegany jako sztuka. Szkoda, że wcześniej musi to jeszcze bardziej namieszać w i tak trudnej sytuacji dzieląc nazwą twórców na tych, którzy rysują „tylko” komiksy, a rysujących „aż” powieści graficzne. Komiksy nie są zbyt tanie, powieści graficzne będą jeszcze droższe. Kto ma prawo ocenić który album jest „tylko” komiksem, a który już powieścią graficzną? Twarda oprawa i papier kredowy? Czy np. stare wydanie 48 stron (Tobiasza Piątkowskiego i Roberta Adlera) w miękkiej oprawie lub jako epizody w Resecie to komiks, a po sukcesie wśród czytelników i dodruku w twardej oprawie to już powieść graficzna?
Chciałbym, aby nazwa „komiks” zniknęła zupełnie jako kompletnie mylna. Powstała od prasowych „komicznych” historyjek i przy nich powinna była pozostać. Naprawdę komiczne jest jednak to, że te historyjki dorobiły się własnej nazwy – stripy, a to co od początku powinno było nazywać się powieściami graficznymi, jak dług w spadku, odziedziczyło nazwę komiks po prasowych zabijaczach nudy.
Ostatecznie uważam, że rozdzielanie na „komiks” i „powieść graficzną” niesie z sobą tyle złego, co dobrego, może jednak z czasem jakoś się to unormuje. Jakby nie było, to na dzień dzisiejszy dla mnie wszystkie „pełnometrażowe” komiksy są powieściami graficznymi, tak jak wspaniale wydane powieści graficzne są komiksami.

Kk: Nie wszystkie biblioteki gardzą komiksem. Przykładem jest Biblioteka Uniwersytecka w Poznaniu, gdzie dział komiksowy jest całkiem osobno. Gdzie realizuje się spotkania i prelekcje o komiksie, gdzie wydaje się książki naukowe o komiksie np: KOntekstowy MIKS.

Ostry: Nie wszystkie, to prawda. Ja jednak miałem na myśli te, które komiksu nie uznają, czyli większość. Wyjątki zawsze się znajdą, ale nie zmieniają niczego. Jest np. trochę gejów itp. co nie zmienia faktu, że ludzkość wciąż się rozmnaża.

Kk: Znaczenie historii i literatury w Twojej sztuce? Czyli choćby Biłgoraj, którego już nie ma i »Sklepy cynamonowe«?

Ostry: Lubelskie tereny rolnicze obsiane setkami wiosek, to praktycznie żywy skansen. Klimaty z Sklepów cynamonowych, oraz innych podobnych książek, są wciąż żywe i aktualne w tych stronach. W buty Obywatela K. z Procesu, wszedłem w dzieciństwie. A to za sprawą solidarnościowej działalności ojca i związanych z tym częstych rewizji milicji oraz „przesłuchań”, po których ojciec wracał z zmasakrowana twarzą. Do dziś wielu z ówczesnych „baseballistów” zajmuje wysokie stanowiska i mają w pamięci, czyim jestem synem. Tak więc w stanie „oskarżenia” byłem na początku wśród nauczycieli i księży, później i teraz wśród wielu potencjalnych pracodawców lub po prostu podczas załatwiania jakichś spraw urzędowych. A Don Kichotem, to jestem z wyboru. Rzeczywistość na trzeźwo jest nie do przyjęcia, dlatego by nie popaść w alkoholizm trzeba ratować się światami zaczerpniętymi z literatury. Pomaga, przynajmniej w trakcie czytania.
Co do historii, to swego czasu poświęcałem jej bardzo dużo czasu. Zajmowały mnie starożytność, początki cywilizacji i mitologia oraz „nasze” średniowiecze. Potem duży przeskok do czasów Drugiej Wojny Światowej. Starożytność, bo z natury wiedza o niej jest niepełna, a nie celowo przekłamana. II WŚ, bo mimo częstych przekłamań żyją wciąż ludzie którzy pamiętają „jak było”. Miała ona też duży związek z moją rodziną. Dziadek cudem uniknął śmierci na Rapach, gdzie osoby podejrzane o posiadanie broni lub udział w partyzantce nie były rozstrzeliwane, a przywiązywane łańcuchem do motocykla i ciągnięte aż umarły od ran. Dom dziadka został też kiedyś podpalony przez dwu wermachtowców, którzy w swojej typowo niemieckiej (faszystowskiej?) fantazji rozpalili sobie ognisko – wewnątrz… Matka nieomal została zastrzelona w kołysce, a bliski kuzyn w wieku 23 lat zginął podczas przebijania się z niemieckiego (czy dziś nie mówi się faszystowskiego?) okrążenia podczas operacji Sturmwind 2. Był w oddziale Corda, który trafił na zgrupowanie karabinów maszynowych i został niemal całkowicie wybity. Dziełem szczęścia i przypadku moi rodzice przeżyli odwiedziny „niemieckich turystów”, dzięki czemu mogę teraz spokojnie mylić nazwy „niemca” z „faszystą”. A po historii ŚP ojca, nie muszę błędnie nazywać „komuchami” jakichś młodych lewicowych karierowiczów politycznych, a faktycznych niedobitków starego systemu, którym wprawdzie oby ziemia lekką była…, ale oby jak najprędzej!
Tak więc na pewno zarówno historia jak i literatura ma ogromny wpływ na wszystko co robię, nie tylko na twórczość. Brakuje mi dziś postaw zwykłych obywateli, którzy „robili swoje” nie dla rozgłosu czy pozycji, ale dlatego, że po prostu tacy byli. Według mnie, największymi „bohaterami” naszej historii są tysiące nieznanych osób, nie zapomnianych – po prostu nieznanych, pamiętanych jedynie przez rodziny. Nie wiem jak wyglądałaby sytuacja, gdybyśmy dziś znaleźli się w sytuacji wymagającej obywatelskich postaw. Co tu dużo mówić, po służbie w wojsku wiem, że w przypadku jakiegoś zagrożenia większość (nie wszyscy) z kadry oficerów byłaby pierwszymi, którzy porzuciliby mundury i wrócili do domów w tempie, które powoduje bicie się piętami po tyłku.
Dlatego uważam, że historia i literatura powinna być ważnym elementem życia każdego człowieka. Nie trzeba stawać się dzięki temu herosem walczącym ze złem, wystarczy zacząć bez obaw a konsekwentnie nazywać rzeczy po imieniu.

Kk: Jakie masz plany? Czy planujesz rysować jakąś serię, czy skoncentrujesz się na pojedynczych historiach?

Ostry: Trzeba zacząć od tego, że żyjemy w krainie, gdzie komiks ginie. Komiksy powstają niemal wyłącznie kosztem ciężkiej pracy twórców, za którą jedynym wynagrodzeniem, jest satysfakcja artysty z wykonanego dzieła. Nie można więc mieć żadnych planów, co najwyżej marzenia. A marzy mi się dokończenie albumu Ostry – Prosta droga i rozpoczęcie kolejnego tomu Ostry – Nie mam czasu na Koniec Świata. Marzy mi się czas i środki na narysowanie trzech albumów space opery w starym, dobrym stylu MAX. Marzą mi się albumy składające się z przygód kosmicznej floty kolonizatorskiej pod szyldem Alien planet. Marzy mi się, że będę mógł w międzyczasie tworzyć krótkie historie oraz kontynuować cykle takie jak KWIK, Predzio, Tuż za oknem mym i rozpoczynać nowe, jak chociażby John & John, grumie itd.
Wracając do rzeczywistości, marzy mi się też brak zmartwień o to, co przyniesie kolejny dzień. Może to się stać przyczyną kolejnego wyjazdu z Polski „za chlebem” w niedalekiej przyszłości, a co za tym idzie konieczności rezygnacji z komiksu na kolejne kilka lat.

Kk: Skąd wzięła się ksywa ‘Ostry’?

Ostry: Jakieś dwa lata temu zdecydowałem, że pora wreszcie spróbować z komiksem na poważniej, bo jeśli nie teraz, to już nigdy. Wymuszony przez kryzys, powrót z Irlandii i jaki taki dostęp do Internetu miał być kolejno – pierwszy źródłem tymczasowego utrzymania (zaoszczędzone Euruśki), a drugi narzędziem do rozsyłania swoich prac i nawiązaniem kontaktów z komiksowym środowiskiem. Z kilkudziesięciu rozesłanych maili z przykładowymi pracami, odpowiedziała jedynie ekipa z zina GTP. Jak się okazało później, większość maili trafiła do wymarłych już zinów. Jednak te wciąż istniejące fanziny i wydawnictwa, które odebrały moje próby kontaktu, nie raczyły nawet odpisać „spadaj koleś”. Z wydawnictw czy magazynów wspomnę chociażby Egmont czy Nową Fantastykę (he, he, jasne, że nie spodziewałem się cudów, ale przynajmniej tego „spadaj”), co do zinów to wszystkie z spisu znalezionego w Gildii i Alei komiksu. Poza GTP zupełna cisza – standard, ale trzeba być idiotą, by nie spróbować. Trzeba było przygotować do GTP nowy materiał. Z przesłanych w pierwszym mailu prac, naczelny zwrócił uwagę na stare szkice Ostrego (miał wtedy kilka nazw roboczych, ostatecznie wybrałem właśnie tę) i tak wziąłem się za rysowanie Ostrego. Kolejny krok, to zaistnienie w sieci – czyli jakaś własna strona. Z założenia nie miała dotyczyć promowania mnie, a umożliwiać łatwy dostęp do zapoznania się z tym, co robię. Jako że rysowałem właśnie Ostrego, nazwałem ją Ostry komiks (dodałem komiks – by wyszukiwarki nie kojarzyły Ostrego z zespołem O.S.T.R., co jednak niewiele pomogło). Oczywiście strona w sieci, o której nikt nie wie, niczemu nie służy. W poszukiwaniu ciekawych for poświęconych komiksowi, trafiłem wreszcie na Krainę komiksu. Strzał w dziesiątkę, bo w Krainie mam bezpośredni kontakt z odbiorcami i fanami komiksów, dzięki czemu wiem, czego od komiksu oczekują, jak oceniają moje oraz innych twórców prace, no i jest kopalnią wiedzy o komiksie, chociaż nie tylko. Jakieś forum twórców komiksu też byłoby ciekawe, ale za cholerę nie wiem, do czego byłoby mi potrzebne.
No dobra, nazwiska nie ukrywam, nie o nie mi chodzi, a o to, co robię. Wszelkie nicki, loginy w miejscach związanych z komiksem, to nazwa strony z moimi pracami – Ostry lub Ostrykomiks. Kraina i jej użytkownicy w odpowiedziach używali i używają nicka Ostry, więc na Twoje pytanie, skąd wzięła się ksywka Ostry, odpowiedź jest taka – również od Ciebie.

Kk: Dzięki serdeczne za rozmowę.

Waldemar ‚Ostry’ Juszczyk w necie: blog, deviantart, digart, strona autorska oraz :tu:
Waldemar ‚Ostry’ Juszczyk na papierze :tu:


{Pytania zostały opracowane przez zespół Krainy komiksu}

Advertisements

Tagged: , , , , , , , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading Urodziłem się z odrobiną talentu – wywiad z Waldemarem ‘Ostrym’ Juszczykiem at Kopiec Kreta.

meta